Już się wydawało, że nie uda mi się wyjechać na te wakacje. Był piątek, gdy stwierdziłam, że dokładnie za tydzień mój kalendarz świeci pustkami i jeśli w ogóle chcę mieć w tym roku urlop, to tylko wtedy. Nic więc mi innego nie pozostaje, jak klasyczne LAST MINUTE. Od razu muszę powiedzieć, że nie jestem internetowym surferem. Ilość otwierających się przede mną możliwości po wstukaniu w przeglądarce hasła Chorwacja, czy Hiszpania, czy Egipt, czy cokolwiek innego przerasta mnie, a poświęcanie godzin, żeby przejrzeć tysiące ofert i jeszcze nie wyłowić jakigoś bubla, albo wycieczki z nieistniejącego już biura podroży napawa mnie przerażeniem. Tym razem nie było wyjścia. Dobra znajoma poleciła mi, żebym weszła na stronę Fly.
Szybka decyzja. Wyspa! „Two in one” – góry i morze w jednym. Madera? Sycylia? Majorka? Majorka. Ofert sporo. No, dobra – nie przesadzajmy – nie muszą to być ekskluzywne apartamenty z tarasami i prywatnymi basenami. Nie szalejmy. Hotel. Ale minimum cztery gwiazdki. Ceny? W tym roku dość niskie. Może więc jednak skusić się na pięć gwiazdek? Bez przesady – przecież nie będę siedziała całymi dniami w hotelu sącząc drinki all-inclusive – one zresztą nigdy nie smakują dobrze – jakby były nieco rozwodnione :) Od początku było wiadomo, że jeździmy – zwiedzamy i opalamy się na wszystkim możliwych plażach. Klik, klik, klik. Dość szybko znalazłam kilka fajnych ofert i naprawdę znośne ceny.
Wypadło na dwa hotele. O Cala Vinas zdecydowało położenie: „hotel nieco oddalony od centrum turystycznego”. O tak,! jak się później okazało wybór był baaardzo trafny. Południe Majorki to jednak siedlisko kurortów i można trafić na hotelowe blokowiska w których „pijani slońcem” nasi zachodni sąsiedzi wymachują narodowymi flagami w takt muzyki bum-bum-bum. O jednym jednak muszę wspomnieć. Nie wyjechałabym gdyby nie pani Kasia, która w moim telefonie przyjęła pseudonim FLY. Kasia Fly. Jednak jestem staroświecka i bardziej ufam komuś kto swoim ciepłym głosem mnie do wyboru przekona niż nawet najbardziej kolorowym w najwyższej rozdzielczości zdjęciom w internecie.
Kimś takim okazała się Pani Kasia, Kasia Fly. Być może ona przeklina mnie za ilość wykonanych do niej telefonów :), ale bez niej nie wsiadłabym do samolotu, gdy nagle rano okazało się, że nie mam vouchera. Doleciałam, dojechałam, modląc się, żeby Cala Vinas wyglądało inaczej niż zatłoczone kurorty, które mijałam po drodze. Udało się. W hotelu Cala Vinas nie płaci się dodatkowych 50 euro za pokój z widokiem – wszystkie pokoje są z widokiem i to jakim: na uroczą zatoczkę z podływającymi stateczkami i skałami pionowo spadającymi w morze. Żarcie w porządku, po tygodniu może się troszkę znudzić, ale zawsze można wyskoczyć do jakiegoś małego baru na Calle Apuntadors w pobliskiej Palmie i zjeść pyszną paellę, albo jakieś małe tapas. Poza tym ja się przecież odchudzam. :)
Przyznam się, że nigdy nie wybieram wycieczek fakultatyywnych, lubię zwiedzać sama. Ale czy na rowerze, czy z wycieczką, czy samochodem po Majorce pojeździć warto, bo wiele jest tu do zobaczenia. Wyspa ma 100 km szerokości, autostrady, o ktorych my Polacy możemy nadal śnić, no i oczywiście masę urokliwych górskich tras widokowych, których zawijasy mogą przyprawić o zawrot głowy. Oczywiście nie można nie odwiedzić Valdemossy, gdzie kilka miesięcy spędził Fryderyk Chopin z George Sand. Zabawne jest to, że francuska pisarka chyba nie przypadła do gustu mieszkańcom tej miejscowości, pewnie ze względu na to, że chodziła w spodniach i paliła papierosy, a na dodatek obsmarowała ich w swojej książce, ale to nie przeszkadza temu, że dzisiaj Valdemossa żyje dzięki turystom, którzy właśnie ze względu na tę sławna parę masowo tu zjeżdżają.
Na północy da się znaleźć rownież urokliwe małe zatoczki do plażowania, jak choćby nieco „artystowska” plaża koło Deia, gdzie na kamieniach w pełnym słońcu rozkładają się malarze ze swoimi sztalugami, żeby tworzyć. Stolicę, czyli Palmę trzeba zobaczyć koniecznie i to nie tylko ze względu na przystojnych żeglarzy, którzy cumują swoje „wypasione” jachty w porcie i zasiadają w pobliskich barach na promenadzie, ale głównie ze wględu na przepiękną Katedrę w kolorze piaskowca, rozśwetloną w środku przez ogromne rozetowe witraże. Zresztą powałęsać się po Palmie warto, bo ma ona typowy klimat starych hiszpańskich, czy portugalskich miast. Na Majorce oprócz zatłoczonych kurortów jest wiele urokliwych miejsc jak przylądek Fermentor, który ze stojącą na wysokich skałach samotną latarnią wygląda jak kraniec świata.
Plaże na tym półwyspie należą do nielicznych piaszczystych i są rzeczywiście piękne. Ale najpiękniejszą znalazłam w zupełnie innym miejscu, podczas kolejnego wypadu, tym razem na południe wyspy. Miejscowość nazywa się Colonia San Jordi. Nie należy się przejmować tym, że cała jej okolica jest własnością jakiegoś nieprzyzwoicie bogatego bankiera, który nie pozwala turystom jeździć po lokalnych dróżkach. Do plaży, o ktorej mówię można się dostać innym sposobem. Wystarczy mała łódka motorowa, których wiele kursuje z portu w San Jordi. Można taką łódkę wypożyczyć bez rożnych patentów, czy zezwoleń i samemu dopłynąć do jednej z najpiękniejszych, bo widać, że jeszcze nie zadeptanych plaż - Platja d'es Carbó.
Majorka jest piękna. Klimat idealny do plażowania i zwiedzania – letni gorąc nie zabija dzięki delikatnej wilgoci i wszechobecności morza. Na Majorkę trzeba pojechać i od razu mówię na dwa tygodnie – pojechałam na tydzień i wyjeżdźałam z bólem serca, że nie udało mi się wszędzie dotrzeć i w pełni wyspą nasycić. Coś mi się wydaje, że jeszcze raz tam wpadnę.
Warto też zobaczyć ogród kaktusowy. Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego! Robi naprawdę duże wrażenie, ale nie będę zdradzała szczegółów, najlepiej zobaczyć to na własne oczy.